

Third w języku angielskim znaczy tyle, co „trzeci”. „Third” to również nazwa trzeciej (odkrywcze bardzo) studyjnej płyty angielskiego kolektywu Portishead. Na nowe dziecko tria Beth Gibbons-Geoff Barrow-Adrian Utley kazano nam czekać jedenaście lat. Przez ten czas w muzycznym świecie (zarówno brytyjskim, jak i ogólnoświatowym) wiele się pozmieniało. Czy Portishead na nowo wskoczy na swój tor? Odpowiedzią na to trudne pytanie jest ich nowa płyta.
Zespół przyzwyczaił swoich zwolenników do powolnych, stonowanych kompozycji obracających się w stylistyce trip hopowej. Wyjątkiem była koncertówka „Roseland NYC Live”, gdzie nieśmiało flirtowano z przesterowanymi gitarami i wieloma niespokojnymi dźwiękami. Nowa płyta zdaje się kontynuować drogę albumu koncertowego, bo jako takiego trip hopu słyszę tu mniej, a to przez zdecydowanie szybsze pętle perkusyjne, których na poprzednich krążkach brakowało. Tutaj jest ich więcej – już w otwierającym płytę „Silence” bębny wraz z basem i smyczkami powoli rozkręcają utwór, by po dwóch minutach zadziwić słuchacza spokojem i pierwszym kontaktem z wokalem Beth Gibbons – znakiem rozpoznawczym Portishead. Gibbons jak zawsze chwyta za serce swoim głosem – zaczyna od uroczego mruczenia, następnie przechodzi w pełen pasji melodyjny śpiew, by zakończyć na sopranie powodującym dreszcze. Takie zabawy tempem i dźwiękiem przewijają się jeszcze przez kilka utworów na „Third”.
Oczywiście jak na muzykę elektroniczną przystało, całość opiera się na mocno zarysowanej sekcji rytmicznej. Bez dobrego bitu, bez dobrego basu nie ma dobrego utworu – a na tej płycie znajdziemy jedynie bezbłędne dźwięki sekcji. Jednak równie często pojawia się tu brzmienie gitary, które raz względnie uspokaja („Hunter”), raz wprowadza grozę („Threads”), a raz nawet zaskakuje i odrobinę bawi („Deep Water”). Napisałem „względnie uspokaja”, bo w sumie poza wyżej wspomnianym „Deep Water” (troszkę niezrozumiała dla mnie piosenka), przez czas słuchania płyty czuć niepokój i człowieka nachodzą raczej pesymistyczne myśli. Czyli coś, do czego Portishead nas już zdążyło przyzwyczaić, a co my możemy kochać lub nienawidzić. Chociaż po dłuższym namyśle… Jest tu jeszcze bardziej posępnie niż w przeszłości. Może dożyliśmy takich smutnych czasów? Mamy tutaj prawdziwe studium nad depresyjnymi dźwiękami: cichutkie i stonowane, lecz mimo wszystko relaksujące „The Rip” i „Nylon Smile”, lekko psychodeliczne „Small”, dynamiczne jak na zespół „Magic Doors” czy wyjątkowo dramatyczne „Plastic”. Jest też pierwszy singiel – „Machine Gun” z intrygującymi dźwiękami werbla (imitującymi tytułowy karabin) i moim zdaniem najlepszy utwór na płycie – „We Carry On”, przywodzący bardzo luźne skojarzenia z cold wave. Portishead to podobno dobry zespół na depresję… Coś w tym jest, ale też jeśli człowiek chce samemu sobie sprowokować doła – może osiągnąć ten cel poprzez słuchanie opisywanej płyty (sprawdziłem osobiście!).
Podsumowanie? Kiedy słuchałem „Third” po raz pierwszy i kiedy zaczynałem pisać tą recenzję byłem nastawiony raczej sceptycznie. Jednak troszkę się do tej płyty przekonałem, i z każdym kolejnym przesłuchaniem wciąga mnie jeszcze bardziej. Portishead ma swoją pozycję, bardzo alternatywną i niezależną. Będą popularni nawet bez nachalnej kampanii. Naprawdę, niewiele jest takich zespołów, i wciąż ich brakuje. Nowa płyta co prawda nie jest tym, za co świat brytyjskie trio pokochał, ale to wciąż czołówka – mimo obrotu o sto osiemdziesiąt stopni i pójścia troszkę pod prąd. Dałbym szóstkę, ale właśnie za odwagę w tworzeniu materiału, za stare płyty i tą całą otoczkę wokół nich – daję siedem punktów.
Ocena: 7/10
- “Silence” – 4:59
- “Hunter” – 3:57
- “Nylon Smile” – 3:16
- “The Rip” – 4:30
- “Plastic” – 3:27
- “We Carry On” – 6:27
- “Deep Water” – 1:39
- “Machine Gun” – 4:43
- “Small” – 6:45
- “Magic Doors
- “Threads” – 5:47
Całość: 49:13
Data wydania: 28 kwietnia, 2008
Muzyka do pocinania sobie żył, jak to ujął jeden mój znajomy.
Dla mnie mimo oddalenia się od trip-hopowego sposobu grania feeling tej muzyki pozostał jak najbardziej trip-hopowy. No i ten głos pani Gibbons… Poezja.
@monoik: Portishead na pewno NIE jest muzyką do podcianania sobie żył w porównaniu np. do funeral doom metalu lub suicidal (sic!) black metalu. ;D
Tych gatunków raczej nie da się porównać;p
Mnie tam Portishead nie skłoniło do podcięcia sobie żył, nie wywołało depresji – przeciwnie, Third zainspirowało mnie i pełen entuzjazmu założyłem serwis comprendo.info ;]
Dość reklamy. Pierwsze zetknięcie z Third było raczej nieprzyjemne. Silence mnie wręcz odrzuciło. Ale jednocześnie coś kazało mi raz po raz puszczać Wracać do tego utworu. W końcu zacząlem słuchać go w kółko. Przyzwyczaiłem się do tego nowego (w porównaniu do Dummy) brzmienia, jeszcze bardziej mrocznego dźwięku, rozchwianego wokalu…