

14 kwietnia – poniedziałek.
Do mojego biura na posterunku zawitała bardzo urodziwa kobieta. Powiesiła swój wielki kapelusz na wieszaku w rogu pomieszczenia, chodem modelki podeszła do biurka, pochyliła się nade mną i oblizując usta powiedziała:
- Mam dla pana robotę.
Górę nade mną wzięły męskie instynkty, więc bąknąłem tylko:
Ta…?
Usiadła na starym, ledwie trzymającym się kupy krześle i założyła nogę na nogę. Zapalając papierosa zaczęła opowiadać mi historię jakiegoś kolesia.
W skrócie chodziło o to, że jej kochanek nie jest już taki boski jak kiedyś i ona chce wiedzieć dlaczego.
- Potrafię się odwdzięczyć – powiedziała seksownym głosem.
Nie no… Ta sprawa nie może czekać. Chędożyć aferę korupcyjną, sprawy popsutych laptopów, małych pistolecików i innych badziewi. Niech się tym zajmie jakiś młokos. Taki stary wyjadacz i dżentelmen za razem jak ja musi pomóc tej kobiecie!
Jak się nazywa ten facet?
- Children of Bodom – odpowiedziała.
15 kwietnia – wtorek.
Oto czego dowiedziałem się o tym typie:
Ma na koncie sześć płyt: pierwsze trzy świetne, dwie następne już nie. Najnowsza miała dopiero premierę. Postanowiłem się jej przyjrzeć bliżej. Dzięki świeżym śladom wiele można się dowiedzieć, a ja chciałbym jak najszybciej rozwikłać tę sprawę. „Potrafię się odwdzięczyć…” – już widzę jak podchodzi do mnie w tej swojej czerwonej mini, siada na biurku tuż przede mną, że niemal nosem dotykam o jej… Yyy… Ale ja o „Blooddrunk” miałem opowiedzieć. Najpierw jednak muszę się bliżej przyjrzeć krążkowi.
16 kwietnia – środa.
Po pierwszym przesłuchaniu jako podejrzenie o powód staczania się pana CoB odrzuciłem solówki, riffy i warstwę techniczną. Te zawsze były na najwyższym poziomie. Wielu uczących się gitarzystów próbuje w końcu grać solowe partie gitar Alexiego Laiho. Jednak coś się zmieniło na „Blooddrunk” w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami CoB. Jest dużo bardziej „thrashowo”. Nie uświadczymy już tak często charakterystycznej melodyjności i płynności. Tym razem postawiono na czystą agresję.
Wieczorem dzwoni moja klientka i wypytuje o postępy w śledztwie.
Pracuję nad tym – banały to moja specjalność.
17 kwietnia – czwartek.
Pierwsze dwa podejrzenia padły na to co zawsze mi się w muzyce CoB nie podobało: wokal i klawisze. Ten pierwszy denerwuje przez cały czas trwania płyty. Jeden z przesłuchiwanych znajomych Alexiego powiedział:
- Spróbuj tak grać i jeszcze do tego śpiewać.
Niech sobie gra tak dalej, ale pełnoprawnego wokalistę to już podczas pracy nad pierwszym albumem powinien sobie załatwić.
Jeśli mowa o elementach elektronicznych, to posłużę się cytatem: „metal ma mieć włochate jaja, a nie jakieś symfoniczne cycki”. Nie zawsze to prawda, jednak w tym przypadku się sprawdza. Bardzo często poprzez zbędne partie klawiszowa, psuje nam się atmosfera i ogólne wrażenie jakie towarzyszy słuchaniu. Jednak klawiszy jest na szczęście o wiele mniej niż na poprzednich albumach.
Z mojej listy postanowiłem wyrzucić także grę sekcji rytmicznej. Trudno się do niej przyczepić: gra swoje. Przejścia, zmiany rytmu -wszystko na poziomie, ale jednocześnie nie rzuca się w uszy. Pozostaje w cieniu popisów gitarzysty.
Po wieczorynce dziewczyna dzwoni znowu i pyta o to samo co wcześniej.
Wszystko jest na dobrej drodze do rozwikłania sprawy – banały to moja specjalność.
18 kwietnia – piątek.
Nie kłamałem z tym co powiedziałem klientce: zbliżam się do końca roboty. Pozostaje mi tylko wysnuć ogólne wnioski. Oto co przedstawiłem w raporcie:
Trudno jednoznacznie wskazać co jest przyczyną słabych ostatnich dokonań Children of Bodom. Na dwóch wcześniejszych płytach mieliśmy to samo co w trzech pierwszych tylko dużo słabiej. Zespół zauważył, że zjada sobie ogon, więc spróbował trochę innego brzmienia, lecz skutek jest podobny – nuda. Właściwie wiele temu albumowi nie brakuje, żeby stać się co najmniej dobrym: jest spójny, na wysokim poziomie technicznym, ale to już nie to samo co kiedyś. „Musisz odzyskać „eye of the tiger”” jak to powiedział Apollo Creed Rocky’emu w trzeciej części filmu o „Włoskim Ogierze”. Gdy CoB odzyska „spojrzenie tygrysa”, znów będzie wielkie. Gdyby jeszcze to było takie proste…
Zadowolona? – spytałem oczekując pochwały i obiecanej nagrody. Zacząłem obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zabezpieczenia, gdy odpowiedziała:
- Nie – i wyszła z biura bez „do widzenia” o nagrodzie nie wspominając.
Ocena: 5/10
- “Hellbouds On My Trail” – 4:00
- “Blooddrunk” – 4:05
- “Lobodomy” – 4:25
- “One Day You Will Cry” – 4:05
- “Smile Pretty For The Devil” – 3:54
- “Tie My Rope” – 4:14
- “Done With Everything, Die For Nothing” – 3:31
- “Banned From Heaven” – 5:05
- “Roadkill Morning” – 3:32
Całość: 36:51
Data wydania: 14 kwietnia 2008
Świetnie, też miałem zamiar napisać coś w tym stylu, ale jakoś nie było pomysłu. Znowu wydaje mi się jakby ocena była wyższa od opisu płyty…
skąd Ty cholero bierzesz pomysły na recenzje? ;] forma jest bez zarzutu. co do treści – albumu nie słyszałem w całości, tylko Banned From Heaven, Tie My Rope i Blooddrunk. brzmiało mniej więcej jak hybryda dwóch ostatnich płyt z poprzednimi, czyli w sumie średnio. nie mogę się przekonać żeby zapoznać się z całością.
jedno tylko zdanie: “Na dwóch wcześniejszych płytach mieliśmy to samo co w trzech pierwszych tylko dużo słabiej.” dwóch wcześniejszych = Hate Crew Deathroll i Are You Dead Yet? jeśli tak, to nie wiem gdzie w AYDY? słyszysz “to samo co w trzech pierwszych tylko dużo słabiej”, toć to zupełnie co innego, coś, co częściowo Dzieciaki zapoczatkowały już na HCD.
18 kwietnia – piątek
powinno być.
Gadanie. Album nie jest zły.
Ubawiłem się przy tej recce jak nigdy;) A płytka? Nigdy nie przepadałem za Dzieciaczkami, a na podstawie kilku piosenek muszę powiedzieć że ta płyta by mnie do nich nie przekonała.
Fakt recka przyjemnie napisana, chyba pierwszy raz nie nudziłem się przy czytaniu. Brawo.
Niszczuk -> przesadziłem z tym, że to samo i to grubo. Jednak mimo to, że już wtedy spróbowali czegoś nowego, to i tak brzmienie jest bardzo podobne do tego co zaprezentowali wcześniej.
szczympek -> poprawione
I za pochwały dziękuję.
Postaram się jak najczęściej pisac w taki sposób.
Szczerze, to bardziej przejąłem się tym, że Mazda nie otrzymał nagrody niż niską oceną.
no płyta średnia niestety, ale na Hate Crew Deathroll złego słowa nie dam powiedzieć:)
Recenzja, pomimo złego nastawienia mojej osoby do tego typu zabaw, wywarła zaskakująco dobre wrażenie. Płyty nie oceniam, ale recenzja na duży plus ; ).
Tylko następnym razem spróbuj w innej stylizacji, żebyś się za bardzo do tego “detektywa” nie przyzwyczaił ; ).
Świetny pomysł na recenzję, czyta się dalej i z ciekawością, czy Ci w końcu da xD
Ale zdecydowanie klimat nie mój.
A co do płyty to słyszałam tylko “One Day You Will Cry” i “Blooddrunk”, no i muszę powiedzieć, że jakby zgadzam się z oceną, chociaż po dwóch piosenkach to trudno ocenić w sumie
Chłopie, Ty się tym chyba jakoś zawodowo powinieneś zająć, bo świetne piszesz recki xD.Genialny pomysł
. Lipa, że nic nie dostałeś za taką ciężką pracę xD. A co do płyty, to nie słuchałam
Zgadzam się z resztą ludzi.Recenzja napisana w sposób ciekawy i zaskakujący.Z ciekawością czekałem co wydarzy się dalej.A co do płytki to przesłuchałem całą i trochę się nie zgadzam.W porównaniu do “Are you dead yet” jest dużo lepsza.Nie jest to zła płyta i słuchanie sprawiało mi dużo przyjemności.Oczywiście nie ma jej co porównywać do początków działalności zespołu ale ja dałbym wyższą notę.
Moim zdaniem zasługuje na 7/10